Literacka wyprawa na Sycylię: Andrea Camilleri i Giuseppe Tomasi di Lampedusa po polsku

1
Literacka wyprawa na Sycylię: Andrea Camilleri i Giuseppe Tomasi di Lampedusa po polsku

Zapraszam na wyjątkową wycieczkę na Sycylię. Nie zamierzam nikogo kusić długimi opisami, pięknymi zdjęciami, doskonałym winem, ani lokalną kuchnią, których w sieci nie brakuje. W zamian za to proponuję wyprawę literacką. Do rozmowy zaprosiłam wybitnego tłumacza włoskiej literatury, który ma na swoim koncie przekłady m.in. Calassa, d’Annunzia, Leopardiego, Lampedusy i Camilleriego. Stanisław Kasprzysiak, bo o nim mowa, jest laureatem wielu nagród, w tym m.in.  Rządu Republiki Włoskiej “Premio Nazionale Traduzioni” 2002 oraz orderu “Stella della Solidarietà italiana” 2004 za zasługi dla włoskiej kultury. Dzisiaj opowie nam o sycylijskich akcentach w jego pracy tłumacza, czyli o Komisarzu Salvo Montalbano oraz o klasyce włoskiej literatury, o “Gepardzie” Lampedusy.

Stanisław Kasprzysiak prywatnie jest moim dziadkiem, dlatego niech nikogo nie dziwi luźny charakter konwersacji.

książki Andrea Camileriego

I. Casus Camilleriego.

S.K. Tak, Droga Dottoresso, właśnie tak o tym pisano i tak istotnie było i jest. Casus, nieczęsty przypadek, nadzwyczajne wydarzenie we włoskim świecie literackim, zaskoczenie. Dlaczego? Dlatego, że Andrea Camilleri – urodzony w 1925 roku na Sycylii, reżyser telewizyjny, profesor w rzymskiej szkole teatralnej (Accademia nazionale d’arte drammatica a Roma) – zaczął pisać mając 53 lata: pierwszą powieść – “Il corso delle cose” – wydał w roku 1978. Pisał dużo, głównie powieści historyczne umiejscowione na Sycylii, a powodzenie nie przychodziło. I tak przez 16 lat. Dopiero pierwsza powieść “policyjna” – “La forma dell’acqua” (“Kształt wody”) – wydana w roku 1992, z komisarzem Montalbano prowadzącym dochodzenia w fikcyjnym miasteczku sycylijskim Vigata, odmienia stan rzeczy, i to radykalnie. I to jest jeszcze większe zaskoczenie. Sukces, nieoczekiwany, ale nie wyproszony u czytelników, tylko zasłużony.

Ukazana przez Camilleriego Sycylia zaciekawia swoją niezmienną odrębnością, sławetną “wyspiarskością”. A komisarz Salvo Montalbano jest “kimś, kim trzeba być”, czyli jest bystry, błyskotliwy, wnikliwy, ironiczny, ale też rzetelny, mądry, wrażliwy, odważny, prawy, wyrozumiały,
sprawiedliwy i pozbawiony złudzeń. Każdej pannie, nie tylko sycylijskiej, ale także naszej, warto by życzyć, by natrafiła na takiego mężczyznę.
Mimo że to mężczyzna bardzo samotny, zagubiony, wątpiący i melancholijny. Jednak Salvo Montalbano zjednuje do siebie głównie jakimś swoim
nieuchwytnym, ale nieodpartym wdziękiem.

Co niespodziewanie – i byłoby to już trzecie zaskoczenie, dodatkowy casus – potwierdziła osobowość aktora, Luki Zingarettiego, który od roku 1994 zaczął brać na siebie uwierzytelnienie postaci komisarza w kolejnych filmach. A Camilleri rozpędził się na dobre. Do dziś wydał już około 20 powieści i ponad setkę opowiadań z komisarzem Montalbano jako głównym bohaterem. Powstało też 18 filmów. Co osobliwsze – to znowu casus – i opowieści i filmy o Montalbano są wartościowe, choć zostały pomyślane
na użytek szerokiej publiczności. Cenne w nich jest chociażby to, że nie podszywają się pod literaturę mierzącą jak najwyżej. Zwłaszcza jednak to, że nie naśladują werystycznie zwykłego życia ani prymitywności policyjnych dochodzeń. Nie ma w nich “prawdziwych” zabitych, krwi, zwłok, strzelaniny – wszystko to ukazuje się w cudzysłowie, dzieje się umownie, co w powieściach kryminalnych jest tak rzadkie. Tutaj, u Camilleriego,
jakbyśmy grali w szachy. Gramy w rozwiązywanie śledztwa – wspólnie z komisarzem. Wygrywa oczywiście on, bo sprawniej dociera do prawdy.

II. Którą książkę Camilleriego było mi najtrudniej przełożyć?

S.K. Niewiele ich przełożyłem: 2 powieści i 2 zbiory opowiadań. Najtrudniej – tak wyglądał tu, Dottoresso, paradoks – szło mi z powieścią nieudaną. Usychała mi w rękach jak roślina posadzona na jałowej ziemi, nie chciała ożyć. Mówię tu o przekładzie “Cierpliwości pająka” (“La pazienza del ragno”) wydanym w 2010 roku. W tej powieści nie doszło na dobrą sprawę do przestępstwa, do niczego dostatecznie zaciekawiającego. Została porwana dziewczyna, ale po niewielu stronach już się wiedziało, że “porwała” siebie sama dla rodzinnych porachunków. Śledztwo było siłą rzeczy nudne, wyblakłe, nijakie. Co z czymś takim może zrobić tłumacz? Niewiele. Nawet jednego zdania nie wolno mu zmienić na ciekawsze. Ale każde zdanie może z większą uwagą przesuwać w stronę żywego życia, a dialogom może przysparzać kolokwialności, ubarwiać je i pogłębiać stosowniejszymi słowami. I właśnie z myślą o czymś takim trzeba było słowa dobierać i wyważać, a przez to z konieczności rzecz trwała dłużej i była jednak trudniejsza.

III. Jak zachować sycylijskość w polskim przekładzie sycylijskiego dialektu?

S.K. Język, który Camilleri wybrał – czy raczej “wymyślił” – dla swoich powieści dziejących się na Sycylii, nie jest sycylijskim dialektem. To “dialekt Vigaty”, twór sztuczny, zrodzony w pisarskiej wyobraźni. Mieszanina “italianizmów” z “sycylijizmami”. Język tak ukształtowany, by sprawiał wrażenie sycylijskiej odmiany języka włoskiego, ale niezbyt od włoskiego oddalonej. Prościej mówiąc taki, żeby każdy Włoch mógł go bez trudu
zrozumieć. Zatem raczej włoski niż jakiś stop fenicko-grecko-kartagińsko-normandzko-burbońsko-sycylijski.

Tym “dialektem”autorstwa Camilleriego mówi w powieściach Montalbano i inni Sycylijczycy, ale już urzędnicy przyjeżdżający do Vigaty z Rzymu
mówią poprawnymi frazesami czystego języka włoskiego. I tutaj pojawia się dla tłumacza sedno rzeczy. Takiej różnicy dwu odmiennych języków
nie można było w polskich przekładach zastosować, bo to by wymuszało użycie prócz naszego języka rdzennego również jakichś jego dialektów.
Rzecz nie do pomyślenia. Kaszubski, góralski, nostalgiczno-lwowski na Sycylii? W żadnym razie. Pozostawało rozwiązanie skromne, niezbyt wyraziste, ale jedyne możliwe: język “sycylijski” Camilleriego nasycać jak najintensywniej mową kolokwialną, a urzędniczy “włoski” zdać na retoryczną poprawność. Ale w sumie trzeba było zdobyć się na przekładową wyrozumiałość wobec siebie samego –
jednak z przykrością, co do tego nie mam się co łudzić, Dottoresso.

IV. Czy którąś spośród książek o Montalbano masz za ulubioną?

S.K. Jakbyś zgadła: coś z rzeczy Camilleriego polubiłem. Nie powieść, ale jedno z opowiadań: “Una faccenda delicata” (“Delikatna sprawa”). Chodzi w nim istotnie o sprawę arcy-delikatną: Montalbano musi przesłuchać dziecko, pięcioletnią dziewczynkę Anię. Fakty kryją w sobie bezsporną prawdę, czystą jak woda w górskim potoku, ale na razie ta woda jest zmącona. Woda nie ma kształtu, to Camilleri mówi jasno, poczynając już od tytułu swojej pierwszej powieści “Kształt wody”. Trzeba więc taką wodę – prawdę nabrać do właściwego naczynia, ono nada jej kształt. “No to dociekajmy” – mówi sobie Montalbano – nie pozostaje mu nic innego. Ale nie wie, jak się do tak szczególnego dociekania zabrać. Coś się pogmatwało między matką Ani a wychowawcą w przedszkolu, matka oskarża go o to, że Ani wręcz nadskakuje: podaje jej płaszczyk, myje buzię. Ale matka często nocuje z Anią u teściowej, a wychowawca mieszka piętro wyżej. I co z tego? Bo może coś z tego. Ale jak to coś z dziewczynki wydostać, jak zacząć rozmowę z nią? Okazuje się, że Ania wie lepiej, jak się zaczyna rozmawiać: pyta komisarza: “- Kto ty jesteś?”.  I odtąd już przesłuchanie idzie gładko i pomyślnie.

Po namyśle dopowiem Ci, że da się też polubić powieść “Il sorriso di Angelica”. Camilleri mierzył w niej wysoko: chciał, by konkretna dziewczyna była jak “la bellissima Angelica” z Orlanda szalonego Ariosta. Obdarował więc tę swoja urojoną nadzwyczajną dziewczynę pięknem, wdziękiem,
promieniejącym jaśnieniem. Byliśmy gotowi w coś takiego uwierzyć, choć w realnym życiu coś takiego przecież się nie zdarza. Słowem, wątpiliśmy. Chyba tak jak Orlando w poszukiwaniu Angeliki pogubił się u Ariosta w zaczarowanym pałacu, tak też nasz pisarz pogubił się w swojej
wizji. I wyszło na to, że się pogubił. Ale wyszło na to dopiero w filmie nakręconym na podstawie powieści, gdzie uważnie dobranej
aktorce daleko było do promiennej Angeliki od Ariosta. Ale przynajmniej same złudzenia co do tej promienności można było w “Il sorriso” polubić.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Gepard"

V. Dlaczego “Lampart” zmienił się w “Geparda”?

(Mamy w Polsce dwa tłumaczenia powieści Lampedusy – “Lampart” przełożony przez Zofię Ernstową i wydany w 1962 oraz “Gepard “przełożny przez Stanisława Kasprzysiaka, wydany w 2009).

S.K. A to dlatego, Droga Dottoresso, że tytułowy “Il Gattopardo” to gepard. Innymi słowy dlatego, że zwierzę nierówne zwierzęciu, zwłaszcza zwierzę heraldyczne. A ponadto, że człowiek nierówny człowiekowi, więc Don Giuseppe Tomasi z Lampedusy mógł się tylko przebrać za Don Fabrizia Salinę z Palmy di Montechiaro, ale nie mógł się nim stać. Rozważmy tę rzecz spokojnie. Gdyby książę Tomasi obdarował swojego powieściowego księcia Salinę własnym herbem z lampartem na tarczy, byłoby to tak, jakby chciał się tym rodowym herbem przechwalać. Tymczasem sam już z takiego herbowego wywyższania się drwił, podobnie jak chłopi pańszczyźniani w jego lennach. Raczej cenił  właśnie to chłopskie poczucie ironii, bo podobne odnajdywał w sobie. Chłopi mówili na lamparta w napotykanych na każdym kroku herbach “gattupardu”, a nie “leopardo” – tak z dobrotliwą kąśliwością. A żaden gepard nigdy nie doczekał się w heraldyce powołania go na tarczę herbową. I tak to pisarz wybrał dla swojej powieści tonację pobłażliwie ironiczną, już od samego tytułu poczynając. A potem tylko beztroscy tłumacze uznawali, że wiedzą lepiej. Tacy zmieniali “Geparda” na “Lamparta”. Doszło do tego w przekładzie angielskim, niemieckim, rosyjskim, portugalskim, szwedzkim, no i polskim. Więc trzeba było w to się wdać i lekkomyślność poprawić. Nie trzeba było natomiast nic poprawiać we francuskim, hiszpańskim i łotewskim: tam od zarania wiernie figurował w tytule “Gepard”.

VI. Czy atmosfera feudalnej Sycylii przetrwała? Czy można ją jeszcze uchwycić, zwiedzając wyspę?

S.K. Na tę Sycylię dawną, sprzed aneksji przez Garibaldiego i Królestwo Piemontu, z feudalną arystokracją i jej posiadłościami, raczej już nie natrafisz, Droga Dottoresso. Ale to nie takie złe. Może dzięki temu łatwiej natrafisz na Sycylię antyczną czy wręcz archaiczną. Na tę jej wyspiarską cywilizację wnoszoną przez nieustanne jej podboje, czyli przez Fenicjan, Greków, Normandów, Hiszpanów – na jej martwą, ale wspaniałą przeszłość. Klimat z okrutnym letnim skwarem, spustoszony nim krajobraz, spłowiałą zieleń, wiecznie bezkresne morze – na to owszem, natrafisz
na każdym kroku. A głównie to wytyczyło aurę atawistycznie melancholijnej odrębności Sycylijczyków. Dostrzeżesz w nich tragizujących komediantów, odgrywających na scenie życia swoją tragifarsę. Może istotnie są przeważnie fatalistycznie pogodzeni z pisanym im od wieków losem, ale trzeba by pobyć między nimi dłużej, by osobiście, czyli wiarygodnie stwierdzić, jak z tym jest. Tyle że również
my sami, my spoza Wyspy, jesteśmy podobnie ze swoim losem pogodzeni.

Byłem na Sycylii dwukrotnie, po kilkanaście dni, mogę ci wobec tego dodać jeszcze garstkę osobistych wynurzeń. Resztki feudalnych stuleci nie
rzucały się w oczy: wiele z nich zmieniło się w ruiny, jak pałac Lampedusy w Palermo, zbombardowany przez aliantów, czy letni pałac jego rodziny
w Santa Margherita di Belice – w powieściowej Donnafugacie – zniszczony przez nie tak dawne trzęsienie ziemi. Nastrój międzynarodowych wielkich hoteli w Taorminie zachował się niemal niezmieniony. Na placu w Ennie można było jeszcze zobaczyć w marionetkowym teatrzyku perypetie Orlanda, Ruggiera i Angeliki albo Armidy i Tankreda. A dolina poniżej Enny to świat nawet nie tyle archaiczny, co mityczny, zwłaszcza wiosną, z kilometrami łąk w kwiatach hiacyntu, fiołków i anemonów i w zapachu lukrecji. Wyobraźnia od razu dołącza do nich porwanie
Persefony pod ziemię. Świątynie greckie pod Agrygentem, rzymskie mozaiki na posadzce willi w Piazza Armerina, skalne kazamaty w Syrakuzach,
samotna świątynia bez dachu w Segescie – nic dodać, nic ująć, a jeśli już, to tylko dodać – wszystko to wciąż pozostaje odwieczne i niepowtarzalne. No i Etna. Ze swoim nieustępliwym chłodem na górze nawet w skwarne lato, ze spływającą niemal stale lawą i ze wspomnieniem
Empedoklesa, antycznego sycylijskiego mędrca, który w tej lawie zakończył życie. Nauczał, że na początku życia można obrać albo drogę dnia,
albo drogę nocy. Sam obrał drogę dnia, na pozór mniej tajemną, a mimo to skoczył na Etnie do rozżarzonej lawy. Tajemnica. I właśnie to, jakaś
tajemnica, jest samą esencją sycylijskiej odmienności. Dawała na Sycylii o sobie znać, najmocniej utrwaliła się w pamięci. A przybrała postać
błahą: kul z wulkanicznej lawy utworzonych przez niezmienny przypływ morza na wybrzeżu Katanii. Brało się do ręki taką dużą, czarną i porowatą, ale niespodziewanie lekką kulę i niby wiedziało się, co to takiego. Ale w istocie nic się nie wiedziało.

Jeśli marzy Wam się cudowna Sycylia, to koniecznie sięgnijcie po jedną z książek wyżej wspomnianych autorów!

Udanej lektury,

Ania.

Do zobaczenia Pod Słońcem Italii, także na na Facebooku oraz na Instagramie.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj